English version English version

IX Międzynarodowa Piesza Pielgrzymka
z Hidasnemeti (Węgry) przez Słowację do Krakowa Łagiewnik

275 km w 9 dni
12-20 lipca 2019
www.pielgrzymka.org

Trzeba dać się Bogu zaskoczyć

N iech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus,
Każdego roku kiedy przychodzi wiosna, która pokazuje że już czas myśleć o przygotowaniach pielgrzymkowych, tych fizycznych, jak również duchowych. Pragnienie przeżycia tych kilku pięknych dni, która ciągnie mnie do Ciebie. Chcę przeżyć coś pięknego, co pozostanie w pamięci, w sercu.
Prezentem od Boga dla mnie był czas pieszej pielgrzymki z Węgier do Sanktuarium Bożego Miłosierdzia. W 2016 roku przypadają wyjątkowe wydarzenia dla mnie: Jubileuszowy Rok Miłosierdzia, 1050 rocznica Chrztu Polski oraz Światowe Dni Młodzieży w Krakowie. To takie piękne, że żyję i mogę uczestniczyć w tych ważnych wydarzeniach.
W tym roku po raz pierwszy poszłam na pielgrzymkę 'sama', bez bliskiej mi osoby. Patrzyłam z niepokojem czy poradzę sobie podczas podróży, na noclegach i podczas wędrowania. Po dotarciu do Zakopanego (miejsce przesiadkowe) okazało się, że nie muszę się martwić. Na dworcu spotkałam ojca Andrzeja oraz małżeństwo Ewę i Marka z Warszawy, którzy pielgrzymowali razem ze mną do Sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Tak to już jest, że człowiek troska się i zabiega o wiele, a naprawdę tak niewiele mu potrzeba by być szczęśliwym.

Na pielgrzymim szlaku 2016 mogłam przejść przez kilka BRAM MIŁOSIERDZIA: Katedra w Koszycach (Słowacja), parafia Bożego Miłosierdzia w miejscowości Svinia (Słowacja), parafia pw. św. Jana Chrzciciela w miasteczku Sabinov (Słowacja), XIV-wieczny gotycki kościół katolicki, z kryptą grobową rodziny Tárczayów z 1493 r. i renesansowym portalem z 1513 r. w miateczku Lipany (Słowacja), Sanktuarium MB Bolesnej w Limanowej, krakowskie Centrum Jana Pawła II „Nie lękajcie się”, Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach. Przejście przez BRAMĘ MIŁOSIERDZIA dla wielu pielgrzymów, którzy właśnie tam bardzo często doświadczają w sercu łaski i znajdują drogę do nawrócenia.

Tak jak podczas pielgrzymki tak i w codziennym, szarym życiu trzeba dać się Bogu zaskoczyć! To On jako jedyny najlepiej zna nasze serce, wie czego potrzebujemy i dlatego potrafi sprawić nam taki prezent o którym nawet nam się nie śni. Nie należy zbytnio wybiegać myślami w przyszłość, bo traci się wiele z piękna teraźniejszości… Bóg naprawdę troszczy się o każdego, tylko trzeba mu otworzyć swoje serce i pozwolić mu się poprowadzić tak jak na pielgrzymim szlaku, bo przecież „wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia” (Flp 4,13).
I choć te kilka dni to zdecydowanie za krótko, to myślę, że ten niedosyt ma swój sens, gdyż z jeszcze większą radością będę wyczekiwać wakacyjnych dni by znowu móc kroczyć ku Tobie.
Do zobaczenia za rok!

Smerf Pielgrzym :) lipiec 2016 r.


Czemu nie z Węgier przez Słowację do Krakowa?

N a informację o Pielgrzymce z Węgier do Krakowa Łagiewnik natknąłem się w internecie. Pierwsza myśl to zaskoczenie, że do Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach idą Węgrzy i Słowacy. I jedni i drudzy zasługują na szczególną sympatię i włączenie się Polaków. Już wcześniej planowałem pielgrzymkę w 2013 r. Więc czemu nie z Węgier przez Słowację do Krakowa? Czy poradzę sobie z odcinkami powyżej 30 km dziennie po wyjęciu śrub i stabilizatora z blachy, który przykręcono mi zamiast gipsu po połamaniu nogi (śmieję się, że po zdjęciu metalu stałem się mniej ociężały, ale bez żelaznego zdrowia)? Mam 63 lata. Kilka lat wcześniej szedłem szlakiem św. Jakuba. Postanowiłem zaryzykować.

Dojazd z Łodzi do Koszyc z trzema przesiadkami zajął mi cały dzień. Ten dzień to był też dla mnie dzień ścisłego postu – taką decyzję podjąłem przed wyjazdem. Na peronie dworca kolejowego w Koszycach czekał już na nas Ojciec Andrzej, Salwatorianin w czarnym habicie. Wysoki, trudno go było nie zauważyć. Oprócz kilku osób z pociągu, dotarły też dwie dziewczyny z Łodzi, które jak się okazało, dojechały do Piwnicznej, pieszo przeszły na Słowację i dojechały do Koszyc autobusem. O. Andrzej mikrobusem przewiózł nas przez granicę słowacko-węgierską do Hidasnemeti, gdzie w szkole czekał na nas prysznic i nocleg w szkole.

Rano szybkie śniadanie na stojąco przygotowane przez pielgrzymów z Węgier. Pielgrzymi węgierscy stanowili na starcie większość (około czterdziestu osób). Okazało się, że jest z nimi jeden Rumun. Znakomicie przygotowani, mieli gitarę, skrzypce i flet, co bardzo ubogaciło śpiewy religijne na trasie i w świątyniach. Niespodzianka – wieczorne tańce pod kierunkiem wodzireja Ojca Andrzeja wodzirej.pl. Ojciec Stanisław, polski Salwatorianin od lat posługujący na Węgrzech był nie tylko świetnym organizatorem, ale i tłumaczem. Dotarł też O. Andrzej Pacholik, który prowadził modły i katechezę w językach polskim i słowackim, gdy O. Andrzej Waśko z GPS-emw dłoni wiódł nas drogami asfaltowymi, polnymi i leśnymi. Po drodze dołączali do nas kolejni pielgrzymi słowaccy, a później polscy.

Trasa została świetnie zaplanowana. Cztery oddychy (postoje po słowacku) dziennie, w tym jeden połączony z mszą i obiadem pozwalały zregenerować siły. Ciężki bagaż podróżował samochodem, który nam towarzyszył. Na Szlaku św. Jakuba w Hiszpanii, czy na trasie Via Jasna w Polsce (patrz www.pielgrzymkaindywidualna.pl) trzeba było wszystko „targać” w plecaku. To z kolei wymuszało skrócenie etapów (w Hiszpanii). Poza tym, gościnne poczęstunki po drodze, które często przerastały skromne oczekiwania pielgrzyma. Szczególnie zapamiętałem wspaniałą kuchnię O.O. Cystersów w Szczyrzycu.

Ujmując krótko; niesamowite przeżycia duchowe, poznanie wielu miejsc i ludzi. To wszystko zwieńczone finałowym celem, jakim było dojście do Krakowa Łagiewnik. Było warto!!!

    Pielgrzym Ryszard z Łodzi, 2013 r.

Z Węgier na piechotę

C zy piesze pielgrzymki są jedynie polską specjalnością? Czasem chcemy tak myśleć. Ale pielgrzymki są wpisane w historię całego Kościoła, a właściwie były dużo wcześniej. Przecież już „Abram udał się w drogę, jak mu Jahwe rozkazał" (Rdz 12,4), już Naród Wybrany pielgrzymował do Kanaan, Ziemi Obiecanej.
    Ale dzisiaj nie o Biblii będzie mowa, a o Pierwszej Pieszej Pielgrzymce z Węgier do Krakowa-Łagiewnik. Dla tych, co koniecznie chcą widzieć polskie akcenty, jest dobra nowina - pomysłodawcą jest polski ksiądz, salwatorianin Andrzej, a organizatorem - polski ksiądz, salwatorianin Stanisław. Trzecim księdzem, który szedł w pielgrzymce, był także Polak, drugi Andrzej, też salwatorianin. Oprócz nich z Polski były jednak tylko trzy osoby świeckie. Kilkudziesięciu pielgrzymów to Węgrzy, do których po drodze dołączyła grupa Słowaków i w takim składzie weszliśmy do Sanktuarium Bożego Miłosierdzia i św. Siostry Faustyny w Krakowie 2 lipca 2011 roku.
    Boże Ciało 2011. Jedziemy z Polski na Węgry, dołączyć do pielgrzymki. Przekraczamy pierwszą granicę i z zaciekawieniem spoglądamy na mijane kościoły. Świętują Słowacy Boże Ciało, czy nie świętują? Jak najbardziej: baldachimy, sztandary, świece, kwiaty. Procesja. Przekraczamy drugą granicę i już za chwilę dojeżdżamy do Hidasnemeti na nocleg w szkole. Jest już szarówka. Pierwsza modlitwa w pobliskim kościele. Pierwsze spotkanie pielgrzymów. Przedstawiamy się sobie, a ks. Stanisław cierpliwie tłumaczy z węgierskiego na polski i z polskiego na węgierski. Słowaków jeszcze nie ma. Dla każdego pielgrzyma rozpiska trasy, krótka modlitwa i pierwszy nocleg. Podłoga, karimata, śpiwór. Jak każdej następnej nocy, w następnych szkołach. Tylko Polacy potrafią w każdych warunkach? Tak kiedyś słyszałam. Mity. Pielgrzym jest pielgrzym. Taki gatunek człowieka: gotowy na wszystko.
    Rano śniadanie. Umówmy się, że to był „szwedzki stół”. Bardzo się umówmy :)) W każdym razie na stojąco i każdy sam sobie szykuje. Potem poranna modlitwa. I w drogę. Rozpoczynamy nasze pielgrzymowanie przez trzy kraje. Do Polski. Do Krakowa.

Doświadczenia językowe

P ierwsze wrażenie? Węgrzy to w miarę normalni ludzie. Byliby całkiem normalni, gdyby nie ten język. No bo czy całkiem normalni mogą być ludzie, którzy na przykład piszą:
„Urunk, Te megszabadítottál
bilinsceinktöl és önmagunktól:
Krisztus, a Megváltónk testvérünk lett,
Szeretni Ö tanított minket. Abba, Atyánk!”
    Mogłabym zacytować więcej, ale mam w sercu trochę miłosierdzia dla czytających. A zapewniam, że wymowa tych słów wcale nie wygląda lepiej. I nie usprawiedliwia Węgrów nawet to, że jest to zwrotka znanej nam dobrze pieśni „Abba Ojcze” :)) 
- Jest śpiewnik! - ucieszyłam się, gdy zaczęli śpiewać. Radość trwała krótko. Tego przecież nie da się ani zaśpiewać, ani nawet przeczytać. Trudno. Trzeba będzie z tym jakoś żyć :)) Z czasem doszłam do tak wielkiej wprawy w nierozumieniu języka współpielgrzymów, że nawet gdy księża podczas liturgii mówili po polsku, to ja i tak wiedziałam, że nic nie rozumiem i spokojnie nie słuchałam ;))

Serdeczne przyjęcia

C o mają w sobie pielgrzymi, że są tak serdecznie witani i pozdrawiani przez mieszkańców miast i wiosek, które mijamy po drodze? Ręce bardziej bolą niż nogi, bo machać przecież trzeba, skoro i oni machają. Jesteśmy już na Słowacji. Postój w Kechnec, potem trasa do Gynova. Woła mnie kilka słowackich kobiet, stojących przy drodze. Po doświadczeniach językowych z Węgrami myślę sobie: no po co mnie wołacie? I tak nie pogadamy. Chwilę później okazuje się, że jak najbardziej. Ze Słowakami pogadamy.
- Dokąd idziecie?
- Do Polski, do Krakowa, do Łagiewnik, do Jezusa Miłosiernego.
- Gdzie to jest, ten Kraków? - pyta jedna z kobiet. - Przecież nie do tego Krakowa w Polsce?
- Do tego, przecież pani nam mówi, że do tego, nie słuchasz – strofuje ją koleżanka.
- Ale na piechotę do Polski?
- No, na piechotę .
    Jedynym słowem, z którym miałam kłopot na Słowacji to „Węgry”. Nikt nie wie co to „Węgry”. Jak mam to wytłumaczyć? Wreszcie ktoś spytał, czy to madziarska pielgrzymka. Nareszcie. Potem już wiedziałam, jak mówić.
    A potem już na wyrywki zaczynają opowiadać o swoich pielgrzymkach, do Lewoczy, do Maryi. Wybierają się za kilka dni. O tej pielgrzymce mówią potem wszyscy i w innych wsiach, i miasteczkach. Widać, że to dla nich jest ważne, że tym teraz żyją.
    Słowacy bardzo chętnie rozmawiają. W innych miejscowościach, gdzie się zatrzymujemy, wszyscy wiedzą o węgierskiej pielgrzymce. A wszyscy Słowacy we wszystkich miejscowościach zgodnie mówią, znajdując u mnie ogromne zrozumienie:
- Z Madziarami to my się nigdy nie dogadamy. Nie wiemy co mówią. A z wami, Polakami, to możemy gadać o wszystkim, na każdy temat. My się zawsze zrozumiemy.
    I to była prawda. Z księdzem „pogadałam” o teologii, z dyrektorem szkoły o historii okolicy i Janie Pawle II, z napotkanymi ludźmi o „wszystkim”. W sumie dobrych kilka godzin rozmów. No i czytać też się da.
„Zdravas Panna ružencová, matka Ježiša
tvoj Syn krstom v Jordáne nám svetlo prináša”.
    Wszystko zrozumiałe. Chociaż tak sobie myślę: skoro już ta wymowa tak bliska jest językowi polskiemu, no to mogliby już całkiem nauczyć się mówić po polsku, prawda? A nie, żeby się trzeba z uwagą domyślać niektórych słów ;))

Idziemy dalej

J est Gynov. Droga prowadziła wzdłuż torów, po błocie, co dobrze widać po butach i spodniach. Dla pielgrzymów nic dziwnego. Dobrze, że z góry nie padało. Poczęstunek w Domu Kultury i idziemy dalej. Do Valaliky. Tempo szybkie, ale dajemy radę. Obiad i wiśnie. I odpoczynek. Już więcej niż połowa drogi dzisiejszego dnia. Coraz bliżej Koszyce, gdzie w katedrze, w największym kościele na Słowacji będzie Msza święta i nocleg. Msza po węgiersku oczywiście, choć było i słowo po polsku. Do szkoły, w której będziemy nocować, tylko 15 minut, ale u drzwi koszyckiej katedry powitał nas ulewny deszcz. Choć opakowani w peleryny, jednak czekamy, aż się przejaśni. W jakiejś przerwie, pomiędzy kroplami, udało się dotrzeć do szkoły przed kolejną ulewą. W deszczu odbieramy bagaże.

Dzień się kończy, ale jeszcze nie skończył

K olacja. Pokrojony chleb, warzywa, dodatki do chleba leżą na stole. Nie ma wyznaczonej godziny kolacji, co bardzo ułatwia korzystanie z łazienek, na zmianę z jedzeniem. Niektórzy, zmęczeni, dość szybko załatwiają obie sprawy i zamykają się w śpiworach. Ilu pielgrzymów miało za chwilę mocne przebudzenie? Trudno powiedzieć. Gitara ks. Stanisława wywołała ludzi z pokoi. Gdy już przyniesiono ławki i krzesła, i wygodnie się na nich usadowiliśmy – kolejna niespodzianka dla niewtajemniczonych. Ks. Andrzej zarządza... wyniesienie ławek i krzeseł. Jeśli ktoś nie był na pielgrzymce i wyobraża sobie w tej chwili biednych, umordowanych ludzi, zmuszanych przez kler do niekoniecznych dodatkowych kroków, to faktycznie nic o pielgrzymce nie wie. Zmęczenie? Oczywiście, że tak. 31 km w nogach. Ale pielgrzymi to, jak pisałam, inny gatunek człowieka :))  Właśnie ks. Andrzej zarządza... tańce! Te dźwięki budzą już prawie wszystkich. Choć Krysia mówiła potem „byłam pewna, że mi się to śniło” :)) Na drugi dzień już nie odpuściła.
    Na zewnątrz ulewa. W małym pomieszczeniu trochę się poszturchaliśmy przy okazji. Ale dla pielgrzymów nic to. Radośniej było. Kroki w lewo, prawo, obroty, okrzyki, przytupy. Żadne tam walce, tanga i inne krakowiaki. Ks. Andrzej jest wodzirejem (wesela, prymicje, jubileusze) i doskonale wie, że najważniejsze jest, aby się wszyscy bawili. Jak on to robi, że nikt nie stoi pod ścianą? Choć wcześniej było uroczyste liczenie bąbli...
    Jeszcze chwila modlitwy i błogosławieństwo. Skończył się dzień pielgrzymowania.

Dzień drugi

P o deszczu ani śladu. Śniadanie i w drogę. Tachanovce. Potem Kostol'any nad Hornadom. Sobotnie sprzątanie kościoła.
- Madziarka?
- Nie, Polka.
- O, jak dobrze, bo Madziarów nie rozumiem, a polski jak swój – cieszy się kobieta. Za chwilę przynosi coś słodkiego i wodę do picia. Krótka pogawędka. Chwilę później na powitanie pielgrzymów dzwonią dzwony, a gospodarze ugościli nas pysznym ciastem. I następny odcinek drogi - tym razem w deszczu (ale na co są peleryny?).
    Kolejny odpoczynek – Obisovce. „Svätá Omša” i obiad. I wiatr. I świszczący dach. I już niedaleko na nocleg, ale po drodze Ruske Pekl'any. Przepyszne pączki, świeża woda – a potem burza, ulewa i grad. Kościółek to dobre schronienie. Szosą płynął rwący strumień, ale za chwilę ostatnie krople i już idziemy na nocleg w Radaticach.
    Na pielgrzymów czekał dyrektor szkoły i kilku jej pracowników. Dyrektor z ogromną radością opowiadał o historii okolic. Radatice, to połączona nazwa dwóch wsi, które teraz tworzą jedną większą. Są tu dwa kościoły, a pierwotny ołtarz jednego z nich (tryptyk św. Anny) jest teraz w Narodowej Galerii w Budapeszcie. Szkoła zarządzana przez Kościół, krzyże na ścianach.
    Kolacja i kolejny taniec zaproponowany przez wodzireja, ks. Andrzeja. Miejsca dużo, bo w ogrodzie, na trawie. I wspólna modlitwa w szkolnej kaplicy, na którą zeszli się mieszkańcy wsi. Woziliśmy ze sobą relikwie s. Faustyny, więc i miejscowi mieli okazję uczcić je pocałunkiem. Wspólne zdjęcie. I zasłużony sen.

Dzień trzeci

N ie, proszę się nie bać. Nie będę opisywać ze szczegółami każdego dnia. Dla czytających każdy dzień wyglądałby tak samo. Śniadanie, droga, odpoczynek, droga, Msza święta, droga, obiad, droga. Taniec, modlitwa i sen. Dla pielgrzymów jednak każdy dzień jest inny. Inny problem z nogami i inna pogoda. Tylko przyjęcia niezmiennie serdeczne. Może jeszcze tylko ciekawostka. W Svinii budują kościół Miłosierdzia Bożego, pielgrzymka więc do Sanktuarium Miłosierdzia Bożego była wydarzeniem dla parafian. Ksiądz, niezwykle oddany sprawie, obiecuje, że w przyszłym roku kościół już będzie, a może i dołączą pielgrzymi ze Svinii do Krakowa?
    Słowacy dołączyli do pielgrzymki w Torysie. Zrobiła się już duża grupa. Tylko Polska przywitała pielgrzymów deszczem. Pierwszy dzień deszcz, drugi dzień deszcz, trzeci dzień deszcz... Pielgrzymi pytali, czy u nas tak zawsze pada. Ale w dzień wejścia do sanktuarium Miłosierdzia Bożego Jezus był miłosierny dla pielgrzymów. Było słońce.

Organizacja

P amiętam, kiedy padła pierwsza propozycja pielgrzymki. Czasu nie było wiele. Wydawać by się mogło, że wszystko może być niedopracowane, jakieś wpadki organizacyjne byłyby normalne. Nie, nic z tych rzeczy. Sztandary, śpiewniki, noclegi, posiłki - ks. Stanisławowi za organizację należy się piątka z plusem. Tę samą ocenę trzeba wystawić ks. Andrzejowi za poprowadzenie pielgrzymów wyznaczonym szlakiem. Niech żyje GPS :)))

A gdzie tu modlitwa?

K toś mi zarzuci, że nic o modlitwie. Była, była. Ale każdy, kto pielgrzymował, wie jak to jest. Czasem, uduchowieni, nie możemy pomieścić radości w sercach. Czasem szczytem możliwości jest bezrefleksyjne odmawianie zdrowasiek różańca. A czasem? Czasem w zmęczeniu zapomina się, że Bóg istnieje. A przecież nawet wtedy towarzyszy nam modlitwa. Albo modlitwa innych ludzi. Albo każdy nasz krok staje się modlitwą.

Pożegnanie

Ł agiewniki. Koronka do Miłosierdzia Bożego, Msza święta w kaplicy św. Siostry Faustyny w podziemiach bazyliki. I już pożegnanie. Skończyła się Pierwsza Piesza Pielgrzymka z Węgier do Łagiewnik. Około 290 km, 9 dni. Za rok, w połowie lipca, kolejna. Serdecznie zapraszam.

        Uczestniczka pielgrzymki
        Kraków, 5 lipca 2011


Dziękuję za nadesłane świadectwa. Kolejne można przysłać na adres aw@wapm.pl
Andrzej